Przejdź do głównej zawartości

NAJMNIEJ UCZĘSZCZANA ŚCIEŻKA ...




… ŚCIEŻKA MOJEGO ŻYCIA

            Wszystko w naszym życiu jest po coś, tylko nie zawsze chcemy to „coś”. Od prawie ośmiu lat, kiedy życie postawiło mi przed twarzą wizję samotnego macierzyństwa a potem chorobę dziecka, zrozumiałam, że w moim życiu nie ma przypadków a wszystko co mnie spotyka od słów, gestów, spotykanych ludzi, sytuacji, wypadków, tragedii, jest właśnie tym co zdarzyć się ma, abym – żyła w pełni. Droga do tej pełni, jednak nie biegnie autostradą, nawet nie drogą asfaltową ale zazwyczaj tą gruntową z dołami, niekiedy się kończy, zanika a potem nagle pojawia i można iść dalej. I byłam wręcz przekonana, że już to wszystko wiem, więc teraz mogę żyć bez obawy, że czegoś nie zrozumiem, nie zauważę..

Nie do końca nawet wiem jak to moje powyższe myślenie nazwać; głupotą, bezmyślnością, pychą, egoizmem… A może to też właśnie było po coś, aby mnie zatrzymać i powiedzieć, że ciągle tak  mało o sobie wiem.

6 lipca 2017 roku mój syn miał zabieg w narkozie, po którym obudziwszy się nie mógł otworzyć oczu. Płacz, wręcz dziecięce błaganie o pomoc w złagodzeniu bólu, który, jak dowiedziałam się z  późniejszego leczenia był ogromny, łamało moje serce i z matki wojowniczki stawałam się małą wylęknioną dziewczynką, która najchętniej sama zaczęła by krzyczeć i błagać o ratunek i przytulenie dla siebie. Cała moja życiowa mądrość i głoszone wszystkim: „Wszystko jest po coś” wzięły po ludzku w łeb. Nie miały żadnego przełożenia na to, co działo się we mnie i w obrębie czterech ścian naszego domu. Lęk o jego wzrok, o jego zdrowie, o leczenie zaczął się przeradzać w lęk o wszystko. Cała przeszłość zaatakowała ze zdwojoną siłą. Wszystkie dziecięce szafy, łóżka i drzwi na strych, wszystko nagle się zaczęło otwierać i te pochowane od lat zjawy, duchy i wszystko co miało wyrządzić mi krzywdę, nagle ożyło. Kuliłam się coraz bardziej w sobie, zamykałam oczy, nie chciałam widzieć, słyszeć, chciałam aby to się skończyło, aby było już tylko pięknie, miło, bezpiecznie. I wtedy mój syn się obudził, o coś poprosił, o coś zapytał. Wyrwana z wewnętrznej dziecięcej ucieczki przed strachami, uświadomiłam sobie, że w tej chwili jestem jego oczami i całym światem. Muszę przeprowadzić go przez te dni  jego ciemności tak aby zminimalizować nie tyle jego ból ale też strach. Tylko jak powiedzieć komuś: „Nie bój się”, kiedy samemu drży się na każdy szelest dobiegający zza okna?


Wtedy zrozumiałam, że nie chcę tak dłużej żyć; że nie chcę już się bać; że nie chcę aby to lęk przejmował kontrolę nad moim życiem, myśleniem i postrzeganiem świata. Pamiętam tamtą chwilę, tamte emocje, gdy obiecywałam sobie, że już nigdy nie dopuszczę do takiego stanu swojej duszy jak ta wtedy, kiedy byłam więźniem swojego strachu.
Gdy po kilku dniach wzrok syna wrócił do normy a on odzyskał swoją radość i mógł przestać być ode mnie zależny na każdym kroku ja mogłam również dotrzymać złożoną sobie obietnicę. I tak 17 lipca zaczęłam mój osobisty EKSPERYMENT WALKI Z LĘKAMI.



Nie miałam tak naprawdę planu, początkowo tak naprawdę nie miałam nic, no może oprócz lęku, że to niewykonalne i że w ogóle na co ja się porywam. Przecież tam czekają na mnie te najokropniejsze potwory, ludzie, zdarzenia. „Dziewczyno, bierz nogi za pas i uciekaj póki jeszcze możesz, póki nie weszłaś na dobre na terytorium lęku.” – tak podpowiadała mi moja głowa.

Nie posłuchałam. Weszłam na to ciemne, straszne pole z początkową listą 156 lęków. Kiedy wzięłam kartkę i długopis, żeby je spisać, żeby tak naprawdę pierwszy raz w życiu dowiedzieć się, czego ja w ogóle się boję, przed czym uciekam, co mnie zatrzymuje, ręka nie nadążała pisać. Niektóre wypisywane lęki śmieszyły: „Migającego światła, gdy podchodzę do przejścia dla pieszych”;  niektóre porażały wręcz głupotą w swoim brzmieniu ”Zimna na dworze”; inne natomiast naprawdę przerażały samym usłyszeniem ich w postaci myśli: „Boję się śmierci”.

I od tamtej chwili rozpoczęła się codzienna żmudną aczkolwiek fascynująca dla mnie podróż w głąb siebie. Podzieliłam te lęki na grupy, ustawiłam je w pewnej hierarchii. Szukałam przyczyn w każdym z nich. Zapisałam kilkaset kartek ręcznie i tyle samo na komputerze. Bardzo często okazywało się, że to czego się bałam, tak naprawdę nie było tym, czego naprawdę się bałam. Tak jak nie bałam się migającego światła a przede wszystkim wyśmiania przez kierowców oczekujących przed sygnalizującą świetlną na swoje zielone. A po głębszych analizach okazało się, że  bałam się zachowanych w głowie wyzwisk, gwizdów i szyderczego śmiechu, stojących pod sklepem kilku pijanych gości, gdy jako kilkunastoletnia dziewczynka chciałam przejść przez pasy na drugą stronę.


Wtedy też zrozumiałam, że rok czasu, który sobie wyznaczyłam na ten projekt, będzie niewystarczający a praca nad niektórymi lękami okaże się nie tyle czasochłonna co wręcz przerażająca; że konfrontacja z przeszłością i ujrzenie tego co naprawdę skrywa dany lęk, może okazać się nie do uniesienia. I nie myliłam się za wiele. Unieść co prawda się dało, ale praca nad niektórymi z nich trwała nawet kilka miesięcy, a czas który wtedy mnie otaczał był przerażający w całej swojej przestrzeni. Miewałam koszmary, bywały miesiące że jedyny sposób na zaśnięcie to zapalone światło od pokoju po kuchnię albo zasypianie o 19.00 kiedy w pokoju było jeszcze widno. Nie mogłam jeść, odgrodziłam się od ludzi, pochłonęła mnie przeszłość i przerażenie. Ale wiedziałam, że jedyny sposób aby to pokonać, aby z tego wyjść i aby to nigdy już nie powróciło – to przez to przejść. Krok po kroku; przerażenie po przerażeniu; niemoc po niemocy…

Mija rok od momentu kiedy postanowiłam wyeliminować ten destrukcyjny lęk z mojego życia. Pokonałam w sobie do teraz 98 lęków z wypisanych 156 i kilkanaście, które pojawiły się w drodze eliminacji poprzednich. Do każdego przepracowanego lęku pisałam swoje zalecenia, niekiedy tak oczywiste i trywialne, że trzymałam je głęboko w szufladzie ze wstydu, aby nie trafiły w niepowołane ręce.

            Jest lipiec 2018 roku. Minęło prawie 365 dni od kiedy pod numerem pierwszym napisałam swój pierwszy lęk drżąca z przerażenia ręką „1. Boję się zaparkować tam, gdzie nie wiem, gdzie się parkuje.” Uśmiecham się teraz, gdy to czytam, choć tak naprawdę nadal boję się parkować w miejscach, gdzie nie wiem czy są wyznaczone ku temu miejsca. Ale pod uśmiechem kryje się mądrość, którą zdobyłam przez ten ostatni rok:

   DO KONKRETNEGO MIEJSCA NIGDY NIE PROWADZI JEDNA DROGA

Jest ich kilka, niekiedy kilkanaście. Każdy sytuacja, choć nie wiem jak w pierwszej chwili trudna i paraliżująca, ma wiele rozwiązań, ma wiele dróg, które od niej odchodzą i której do niej prowadzą. Niemożnością jest jednak zobaczenie ich, kiedy człowiek się boi: oceny, wyśmiania, potraktowania z góry, sponiewierania, opuszczenia przez innych. Żyjemy stereotypowo, etykietujemy ludzi, zdarzenia miejsca. Mamy w głowach dwie struktury: dobry-zły; biały-czarny; niebieski-zielony; ciepły- zimny. I tylko to jest dobre a tak naprawdę to jest WŁAŚCIWE.  Wszystko inne, wszystko co pomiędzy, co nałożone na siebie,  mieści się w przestrzeni lęku. A tam nam nie po drodze.



 GDY POKONASZ METĘ LĘKU, ZACZNIE SIĘ DROGA DO CELU

            Lęk pokonuje się w głowie, dzięki realnemu stawianiu pojedynczych kroków. Każdy kolejny krok kruszy to wewnętrzne przerażenie, łamie najgorsze wyobrażenia i pomału wpuszcza światło w najciemniejsze scenariusze życia. Gdy zaczynałam łamać strach przed bieganiem, ta mądrość sprawdzała się w stu procentach i tam tak naprawdę się narodziła. Cztery kroki biegiem, pozostałe szłam. Po kilku dniach mogłam pozwolić sobie już na minutę biegu i dwie minuty marszu i tak co drugi dzień, podnosiłam swoją poprzeczkę. Nie byłabym sobą, gdybym nie targnęła się na przebiegnięcie jednego okrążenia na bieżni za pierwszym razem po rocznym siedzeniu na kanapie, aby udowodnić sobie, że żmudne uczenie się to nie dla mnie. Po pół minucie nie mogłam oddychać, stopy lądowały na ziemi głośniej niż stado słoni, twarz pokrywał pot a rozgrzane do czerwoności policzki dawały ciepło na metr. Mogłam tylko wyobrazić sobie jak żałośnie i groteskowo wyglądam z perspektywy człowieka, który na mnie z boku patrzy. Wróciłam do domu, zaczęłam szukać, czytać, ułożyłam plan minutowy. A potem się go trzymałam, choć nie raz moja wewnętrzna duma, chciała pobiec już na koniec drogi. Dzięki dyscyplinie, dzięki tym pojedynczym krokom po dwóch miesiącach przebiegłam bez zadyszki i z przyjemnością moje pierwsze pięć kilometrów.



POWTARZALNOŚĆ POD RAMIĘ Z LĘKIEM

W drugi dzień mojego eksperymentu poszłam na teren ogródków działkowych, gdzie na samym końcu pod płotem, płynęła rzeczka, która dzieliła teren na dwie części. Nie było mostka. Kilka dni wcześniej poszliśmy tam na spacer z synkiem. I ta rzeka nas zatrzymała i zmusiła do powrotu tą samą długą drogą. Nie zdobyłam się wtedy na odwagę, aby ją przeskoczyć. A jej szerokość miała może metr. Taki większy krok i tyle. 
Gdy stanęłam tam po raz drugi upłynęło kilka minut zanim odważyłam się zrobić ten pierwszy krok. Moje zachowanie śmieszyło nawet wtedy mnie, ale tak samo równo paraliżowało i pokazywało jak mocno jestem uwikłana w sidła lęku.I gdy za pierwszym razem skoczyłam łamiąc w głowie strach i znalazłam się po drugiej stronie, można by pomyśleć, że  wygrałam. Skądże znowu. W głowie aż wirowało od stwierdzeń, że tylko mi się udało, że następnym razem na pewno wpadnę do wody, że nie dam rady…. I wtedy narodziła się moja druga mądrość. Powtarzalność. Bałam się a mimo to skakałam. W tę i z powrotem. Nie chciałam nawet wyobrażać sobie jak to wyglądam z boku. Ale wtedy zrozumiałam, że lęk pokonuje się najpierw z lękiem; że on nie odpuszcza od tak za pierwszym razem. Ale po pewnym czasie mu się nudzi trwanie przy osobie, który pomimo jego obecności przechodzi przez niego a nawet mówi mu patrząc w twarz: „Wygrałam J



ŚWIADOMA REZYGNACJA

Podczas tego projektu dane mi było odkryć, że jestem Wysoką Wrażliwą Osobą, czyli, że moje zmysły odbierają świat kilkakrotnie mocniej i intensywniej niż przeciętnie wrażliwa osoba. To zrozumienie pozwoliło mi świadomie zrezygnować z rzeczy, których tak naprawdę nie chcę, których  mój organizm nie przyjmuje, jak dym z papierosów i przeładowanie bodźcami jak imprezowanie do rana. To nie dla mnie. Tak działa moje ciało i umysł i ja to wreszcie uszanowałam. Mogłam wtedy spojrzeć jeszcze raz na listę moich lęków i świadomie wykreślić te, które ingerują w moją wrażliwość a które właśnie dlatego do tej pory mnie przerażały na samą myśl o pójściu choćby do klubu, gdzie sale są zadymione, jest duszno, głośno.. Dziś nie mam problemu aby odmówić, gdy ktoś zaprasza na imprezę, do klubu czy na domówkę. Kiedyś byłam przekonana, że jak powiem „nie” nikt już nie będzie chciał ze mną utrzymywać kontaktu a cały świat dowie się, że ze mną to nie da się dobrze bawić i spędzać czasu. Więc zmuszałam swoje ciało i umysł do robienia rzeczy ponad jego możliwości. Dziś nie boję się przyznać, ze imprezy to nie dla mnie, że kluby też nie, ale że jeśli ktoś ma ochotę w zaciszu domu z kawą, piękną muzyką czy z zachodem słońca, to ja poproszę i że z chęcią. A nawet jeśli nie, moją osobistą przestrzeń pokochałam tak mocno, że brak obecności drugiego człowieka czy brak zaproszenia na coś, lub do kogoś, nie sprawia mi żadnej przykrości, bólu, odrzucenia. 


POWIEDZ PIERWSZY „DZIEŃ DOBRY”;
EKSPERYMENTUJ ŚWIADOMIE;
WEJDŹ W ŚRODEK LĘKU I PODNIEŚĆ GŁOWĘ;
INWESTUJ W CODZIENNOŚĆ;
POCZEKAJ NA NAJGORSZE Z TWOJEJ GŁOWY JEDNĄ ZMIANĘ ŚWIATEŁ;
(…)

Moje życie bardzo się zmieniło. Dziś boję się nadal co prawda jeszcze wielu rzeczy, w końcu 58 lęków nadal czeka do pokonania, jak choćby parkowanie w nieznanym miejscu, ale dziś te lęki już nie przerażają.  Lęk jest myślą, jest emocją, jest wewnętrznym odczuciem. Tylko i wyłącznie wewnętrznym odczuciem na które reaguje ciało i głowa jednocześnie. Dziś wiem, że abym przestała bać się parkować muszę zacząć jeździć do miejsc w których nie wiem gdzie się parkuje i zacząć tam parkować - pomimo początkowego strachu. Przed tym jednak mogę otworzyć mapę, nauczyć się planu miasta, zadzwonić na informację zapytać czy tam i tam jest zakaz parkowania i gdzie w najbliższych miejscach można parkować.. W tej perspektywie lęk zamienia się z sprawę, którą muszę się zająć; w umiejętność, której muszę się nauczyć; w doświadczenie które muszę zdobyć. A każde "muszę" w momencie rozpoczęcia zamieniam na "chcę".. A potem krok po kroku, ulica po ulicy, miasto po mieście, z powtarzalnością pomimo lęku. 


To był cudowny rok przemian, zmian, doświadczeń. I piszę o tym tutaj, mimo, że odbiega to od założonej tematyki bloga,   bo wiem, że są wśród Was osoby, które towarzyszyły mi w poprzednim blogu, gdzie osadziłam ten eksperyment i gdzie dzieląc się z Wami moimi upadkami i zwycięstwami, dostałam wiele wsparcia, dobra i wirtualnej obecności. 

Dotarłam na półmetek. Podobno dalej już tylko z górki. Daj Boże, bo mimo, że warto było i że nie żałuję, to kolejny raz nie chciałabym już przechodzić przez to, przez  co przeszłam. 

Gdy piszę i wspominam ten czas, jest ze mną cały czas wspomnienie jednej książki, którą bardzo  polecam: "Mała wielka podróż" Rosie Swale Pope. Opowieść o kobiecie,( autorce tej książki), która po śmierci męża, wyrusza w samotną pieszą wyprawę dookoła świata, która trwała przez pięć lat. 

Do zobaczenia z kolejnymi doświadczeniami na temat mojej osobistej walki z lękami za rok, gdzie wyznaczyłam jego koniec. :)


A czy Wy też macie Swoje lęki, skryte przed całym światem głęboko w Sobie?

PS. Wszystkie zdjęcia są z pierwszych dni eksperymentu. Nie mają w sobie za wiele z piękna fotografii ale mają przesycenie tamtymi emocjami, zwycięstwa, mądrość i wspomnienia. 








Komentarze

  1. Pamiętam twoje zmaganie z lękami z poprzedniego bloga. Podziwiałem i podziwiam za to wyzwanie. Cieszę się, że wróciłaś z tematem. Ja też boję się parkować w miejscach, których nie znam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej wzruszyło mnie to, że zapamiętałeś. Dziś napisanie tego nie sprawiało mi trudności emocjonalnej, wtedy jednak napisanie każdego posta to było wyzwanie a zarazem jednoczesna walka z lękiem przed byciem ocenianą.. Ach, miło powspominać :) I ucieszyłeś mnie z tym parkowaniem, bo to znaczy, że nie jestem jedyna :)

      Usuń
  2. Kochana, z tym parkowaniem to i ja miałam - lęk ogromny, który mogłam przełamać jadąc tam gdzie nie wiem gdzie zaparkować;) ZAWSZE znajduję miejsce, chociaż czasem dalej od punktu do którego chciałam dojechać;))) Generalnie, każdy ma swoje lęki - ja również i to niemało. Jednak... nic nie uskrzydla bardziej, niż uczucie przełamania tego strachu:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak chwila, kiedy zdajesz sobie sprawę, że właśnie robisz coś, czego jeszcze niedawno się bałaś - bezcenna - i jak sama napisałaś ubrana w skrzydła :) Oby jak najwięcej takich chwil w życiu każdej z nas:) Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Pamiętam ten eksperyment na poprzednim blogu, pamiętam jak cieszyłam się z każdej pokonanej walki, zrobienia czegoś, vo zawsze napawało lękiem i obawą. Wow, czytając posta wzruszyłam się, niesamowite emocje, walka o każdy dzień, podziwiam wytrwałość i siłę, szczególnie w chorobie dziecka, ale później również. I będzie coraz lepiej, wierzę w to, że przyjdzie taki czas, że cała lista zostanie odhaczona i wszystkie lęki pokonane.

    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Klara za te słowa. Wiele znaczą i wiele znaczyły wtedy, gdy zawsze Swoim optymizmem wnosiłaś światełko i nadzieję na kolejny krok, na kolejny lęk. :)

      Usuń
  4. Twoja przemiana to jak wielka droga, a tutaj droga jest celem...pamiętam te początki, Twoje zmaganie się z lękami i widzę wielką różnicę, nawet w tym, że z niektórych lęków potrafisz się śmiać lub przynajmniej je wytłumaczyć.
    Pewnie niektóre z wymienionych lęków mam i ja, może niektórych nawet sobie nie uświadamiam, ale nauczyłam się, że każdą sytuacje, która nas przeraża należy przerwać, bo nie można bez końca uciekać.
    Wiele już dokonałaś, więc tym bardziej reszta będzie z górki i za to trzymam kciuki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Jak widać mądrość życiową, którą Ty posiadasz ja dopiero zdobywam, ale jak to mówią: "lepiej późno niż wcale". :) Więc dla obu nas, odwagi do wychodzenia z sytuacji, które przerażają a nie uciekania przed nimi :)

      Usuń
  5. Strasznie dużo tych lęków udało Ci się pokonać. Zazdroszczę i chylę czoło :)
    Ja też mam dziesiątki lęków. Niektóre trochę udało mi się pokonać np. lęk wysokości albo lęk przed wypowiadaniem się w większej grupie osób. Sporo lęków chciałbym pokonać i pracuję nad tym.
    Ale tak sobie myślę, że niektórych lęków nie pokonamy nigdy. I chyba nawet komandosi albo buddyjscy mnisi mają te lęki. Chodzi mi o lęk przed śmiercią i lęk o zdrowie i życie najbliższych..
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórych lęków nawet nic chciałabym pokonać, zresztą uważam, że to głupota, wręcz wyjałowienie swojego człowieczeństwa. Lęk jest potrzebny i niech będzie. Jednak umiejętność kontrolowania go na tyle aby pomagał a nie niszczył to już inny temat. Dziękuję za słowa uznania, przyjęłam, uśmiechnęłam się, poczułam się z nimi dobrze, jednak to nie o liczby w tym wszystkim się rozchodzi ale o samą drogę, pokonywanie ich, przełamywanie wewnętrznych mechanizmów i odzyskiwanie radości z życia. Więc zarówno Tobie jak i sobie, życzę wiele sił, odwagi i determinacji w pokonywaniu pozostałych lęków, które uwierają gdzieś podczas życiowej podróży :)

      Usuń
  6. I ja pamiętam Twoje lęki, i sama się "wymądrzałam", wyskakując z własnymi przeżyciami. Renato, imponujesz mi ogromnie. I uświadomiłaś mi, że również przeszłam długą drogę, choć lęków miałam chyba nieco mniej. Tylko ja traktuję je teraz jak wyzwania - po prostu od razu rzucam się, by je pokonać. Co nie znaczy, że zawsze się udaje. Dziękuję za ten wpis, byłam bardzo ciekawa, jak sobie radzisz po tym roku. Pozdrawiam, i nie myśl o tej pozostałej 50. W życiu zawsze są jakieś lęki, każdy je ma. Ten co zaprzecza, albo kłamie, albo nie wie, o czym mówi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Iwono. Ja też pamiętam Twoje komentarze, ale nie uważam abyś się w nich wymądrzała. Wielokrotnie i mi udaje się już po prostu rozwiązywać dany lęk. Niektóre jednak czasami gdzieś jeszcze drażnią jak przysłowiowy kamień w bucie. I bardzo to miłe, że myślałaś o moich postępach. Tak sobie też myślę, że faktycznie osiągnięcia i droga innych wielokrotnie pokazują nam nasze przebyte drogi. Cieszę się więc razem z Tobą z Twoich osiągnięć :)

      Usuń
  7. Nie ma ludzi bez lęków. Jeśli nie boją się, znaczy mają jakiś defekt. Ty masz więcej skumulowanych i dlatego tak dokuczają. Spróbuj skorzystać z pomocy profesjonalistów, będzie szybciej i mniej bólu.
    Podziwiam Twoje samozaparcie i chęć walki o siebie i jakość życia, bo dziecku zawsze będziesz potrzebna, nawet gdy będzie już duży.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe i mądre słowa. Wiele z nich wcieliłam już w życie, do niektórych mam nadzieję w odpowiednim czasie dojdę. Wszystko ma swój czas :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  8. Pokonywanie lęków...Skąd ja to znam...Przede mną jeszcze długa droga....

    OdpowiedzUsuń
  9. Reniu, dawno cie nie bylo. ..wszystko ok u ciebie? Przesyłam uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Lux. Dziękuję za pamięć. Dziękuję dobrze, zostawiłam wiadomość na skrzynce :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją obecność w tym miejscu. Za pozostawiony po Sobie ślad również dziękuję :)

Popularne posty z tego bloga

O BLOGU

PIERWSZY RAZ.
Pomimo, że to nowy blog, to mój blogowy staż trwa już przeszło dziewięć lat. Jeśli jednak nigdy wcześniej mnie nie przeczytałeś/łaś i nasze blogowe drogi się nie spotkały to pozwolę sobie na kilka słów wstępu. Nazywam się Renata Szafrańska. Mam trzydzieści pięć lat. Mieszkam pod Warszawą. Urodzona i wychowana na Mazowszu. Z wykształcenia jestem dziennikarzem i familiologiem a od sześciu lat Mamą. Życiowe sytuacje sprawiły, że na kilka lat musiałam poświęcić się nie tyle wychowaniu syna ale byciu na wyłączność dla niego przez komplikacje z jego zdrowiem. Nie był to jednak czas stracony a wręcz mogę powiedzieć, że bardzo owocny w życiowe doświadczenia.
Od kiedy pamiętam budziłam się i zasypiałam z przeświadczeniem:
"NIEMOŻLIWE NIE ISTNIEJE"
a z biegiem lat dodałam, na bazie przeszkód, z którymi przyszło mi się zmierzyć, jego kolejną część:
"BO DOPÓKI ŻYJEMY - WSZYSTKO JEST MOŻLIWE".


BLOG - JA -  MY.
Blog jest o naszych podróżach. Naszych to znaczy moich …

ARCIECHÓW - alternatywa dla Zegrza. A na deser KULIGÓW

Jeziora Zegrzyńskiego raczej przedstawiać nie trzeba, zwłaszcza dla Warszawiaków i okolicznych mieszkańców, którzy z pierwszymi promieniami wiosennego słońca rozpoczynają swoje coroczne wędrówki niczym muzułmanie do Mekki. Obserwując poruszenie na portalach społecznościowych, można nawet ośmielić się stwierdzić, że to drugi Bałtyk dla mieszkańca środkowego Mazowsza. 




Ale nieliczni tak naprawdę wiedzą, że kilka kilometrów dalej schowany za lasami i łąkami istnieje Arciechów. Mała wioseczka w której asfaltowa droga nagle się kończy  a dalsza jazda na wprost wiążę się z jazdą leśną drogą lub jazda drogą gruntową  która doprowadza nas do niewielkiej ścieżki wśród traw. Gdy się jest tam pierwszy raz, w dodatku samochodem, który ma za sobą już swoją świetność, jazda którąkolwiek drogą nasuwa pytania: gdzie dalej? czy aby na pewno warto ryzykować? I czy dam radę wrócić?










A więc Drodzy Państwo - WARTO!
Arciechów w swoich łąkach i drzewach skrywa nieodkrytą jeszcze przez tłumy tur…