Przejdź do głównej zawartości

ZALEW JAGODNO czyli miejsce z przypadku.




Tak naprawdę, tylko przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym miejscu. A zgoła prawda jest taka, że źle odczytałam mapę i zgubiłam drogę do docelowego miejsca, którym miał być Zalew Domaniowski. Tak to czasami bywa, że pewność okazuje się niepewna i w dosłownym słowa znaczeniu gubi człowieka - w tym konkretnym przypadku  - na prostej drodze. 
Spędziłam długi czas studiując mapę papierową, potem razem z białym małym człowieczkiem szłam wytyczoną trasą na Google Maps, nic co by miało sprawić trudności nie było - więc ruszyliśmy. Może to zmęczenie przez przed majówkową gonitwą aby te sprawy, które się dadzą pozamykać a może wielozadaniowość, która towarzyszy mi od tych kilku lat: mama, kierowca, organizer, pakowacz, fotograf, "pisarz" i pojemnościowy mózg, który musi zapamiętać tyle rzeczy na raz bez ewentualnej kopii zapasowej zabukowanej w drugiej osobie. Słońce prażyło, zewnętrzna duchota wdzierała się przez uchylone choć na chwilę okno samochodu, bo klimatyzacja to najszybsza droga do kolejnych nawrotów zapalenia zatok, których tym razem chciałam uniknąć. 

Pamiętam, że kiedyś już jechałam nad Domaniów od Warszawy i Przytyka i wtedy też nie mogłam znaleźć drogi. Hołowczyc w pewnym momencie się poddał, lawirującym kompasem w tę i tamtą stronę pokazywał mi, że myśli i cały czas szuka tej właściwej drogi, jednak trwało to tak długu, że odpuściłam zarówno czekanie na jego pomoc co i samodzielne błądzenie po okolicznych wioskach. 

Tym razem nawigacji nawet nie włączyłam, bo nic nowego by nie wymyśliła, biorąc pod uwagę, że od kilku lat nie aktualizowałam mapy. Zdana na tę zapisaną w pamięci - jechałam.  Gdy w Przytyku odnalazłam ten właściwy drogowskaz na Domaniów, pękałam z dumy, że tym razem trafiłam za pierwszym razem. Ale duma ulotniła się prędzej niż zdołałam się nią nacieszyć.  Uparcie skręcałam w prawo zamiast jechać prosto. I coraz bardziej oddalałam się od docelowego miejsca. Jeździłam po okolicznych wioskach dłuższy czas, aż w końcu bliska płaczu zawróciłam do miejsca, gdzie w oddali widziałam skrawki wody, mając nadzieję, że to może jednak to, tylko od strony, od której jeszcze nigdy nie wjeżdżałam. Niestety. Ostatnia iskierka nadziei poleciała w górę nie dając w zamian ognia.   



"Poddaj się temu co cię spotyka a będzie ci łatwiej poradzić sobie z tą sytuacją. Nie walcz z nią, bo tylko tracisz cenne siły, energię i czas."  Wielokrotnie słyszałam te słowa i nie raz uratowały mnie z opresji. Tym razem pozbawiona już siły do dalszego szukania, również postanowiłam się poddać, zatrzymać samochód i wysiąść. Co prawda żadna tragedia się nie wydarzyła, ale zdenerwowanie, błądzenie  w upał, domagający się jedzenia organizm, zmęczenie i psychiczne wyczerpanie doprowadziły mnie prawie do płaczu ale przede wszystkim odebrały siły na jakiekolwiek dalsze zwiedzanie i cieszenie się czasem wolnym. 



Gdy zatrzymaliśmy samochód i wysiedliśmy poczułam jak wszystko ze mnie schodzi. Najpiękniejsza w tym miejscu była CISZA, która pozwoliła ukoić poszarpane nerwy i jak matka przytuliła do siebie  i pozwoliła choć na chwilę nic nie robić, nie nie musieć a po prosto BYĆ.  
Rozłożyliśmy śpiwór, wyjęliśmy jedzenie i tak siedzieliśmy razem otoczeni pięknem, błogością, śpiewem ptaków i szumem drzew dość długo. Najpiękniejsze są jednak CHWILE. I to była jedna z tych, które zapisują się w albumie pamięci. 
Gdy organizm odzyskał siłę a głowa przestała pulsować, mogliśmy iść przed siebie z jednej strony mając wodę a z drugiej las. 




I choć teraz opowiadam o tym jako o konkretnym miejscu, wtedy nie miałam zielonego pojęcia, gdzie dokładnie jesteśmy. Wiedziałam, że gdzieś niedaleko jest Domaniów, Przytyk, zginąć nie zginiemy - pomyślałam. I dalej celebrowaliśmy tamte chwile, zapisując jak najwięcej na karcie pamięci aparatu i tej karcie w sercu też. Gdy wracaliśmy mój syn zaczepił, jak to ma w zwyczaju jakąś parę, która pakowała właśnie grilla do samochodu, więc wykorzystując okazję rozpoczętej rozmowy, zapytałam czy może oni orientują się gdzie jesteśmy. Pan popatrzył na mnie trochę dziwnie, jakbym pytała go o nazwy planet w upalny letni dzień, ale spojrzawszy na swoją wybrankę i widząc jej uśmiech, który prawie mówił "tak możesz im odpowiedzieć" wolno, iście  nauczycielskim tonem odpowiedział:
- To jest Jagodno, proszę pani. 
Po czym zamilkł. Nie do końca wiedziałam, czy pociągnąć dalej wylewność jego słów i zapytać o dojazd do Domaniowa, ale myślę sobie, w najgorszym wypadku nie odpowie. Ale odpowiedział. 
- To nie tu, proszę pani. 
Tyle to i ja już wiem, pomyślałam.
- Trzeba pojechać tam a potem w lewo - odwrócił się i wrócił do pakowania grilla do bagażnika. 
- Ale tam jak pani chce na dłużej, to nawet nie ma gdzie samochodu postawić, my właśnie zawróciliśmy stamtąd i tu przyjechaliśmy aby rozpalić grilla - weszła w zdanie wybranka.  
Z grzeczności przytaknęłam jej, że no taka pora, początek majówki, że ciepło, że ludzie zapewne wylęgli na piasek aby nie siedzieć w domu, ale wewnętrznie słyszałam jak moja głowa mówi: "Mimo wszystko szanowna pani pozwoli, że i tak pojadę i zapewne gdzieś uda mi się postawić choć jedną stopę."
Syn pożegnał się wylewnie, ja grzecznościowo i gdy wzięłam ponownie do ręki mapę  dopiero wtedy zobaczyłam, że wystarczy jechać prosto i dojedziemy na miejsce. 
I tak też się stało. Niespełna kilka minut dzieliło nas od planowanego celu czyli Zalewu Domaniowskiego. 
I gdy jechaliśmy wzdłuż plaży, kolejny raz przekonałam się, że ludzi warto słuchać ale nie trzeba im wierzyć. Oto plaża która miała być tak zatłoczona... :)


cdn.... 

Komentarze

  1. Tak bywa z nawigacją, nam także zdarzyło się w tę majówkę pobłądzić, chociaż mapa była stosunkowo świeża. Staram sie mapę papierową jednak mieć na kolanach, tym bardziej, że nie każdy skrót jest lepszy dla stanu podwozia naszego auta.
    Kiedyś media grzmiały o braku miejsc na kwaterach w górach, aż sami górale zaprotestowali...
    Las i jezioro, czy można chcieć więcej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. To była chwila, która zdarza się tak rzadko, że naprawdę niczego więcej wtedy nie potrzebowałam... i to było piękne...

      Usuń
  2. Rozumiem tę wielozadaniowość, gdy za wszystkich trzeba myśleć przed wyjazdem, na wyjeździe i jeszcze po, gdy wracają głodni.
    Ważne, że wycieczka udana, ponieważ przy okazji niejako można było poznać drugą spokojną miejscowość z lasem i jeziorkiem. A delektowanie się pustą plażą wpisane w odpoczynek oraz nicniemyślenie potrzebne do zresetowania się przy okazji zwiedzania.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za serdeczności. Tak to w życiu jest, że często życie potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie, choć droga do tego zaskoczenie i płynącej z niego radości i szczęścia nie prowadzi prostą drogą :)
      Również przesyłam pozdrowienia.

      Usuń
  3. Lubie tak, mozna by w jednym zdaniu podsumowac :)
    Wazne jest to aby wlasnie drobiazgi, szczegoly i chwile zapamietac oraz dojrzec ta pozytywna strone. My jezdzimy z nawigacja ale i ta czasami wymysla "skroty", tak calkiem na zywiol oddajemy sie przygodzie idac- niech nas niogo niosa i to apewne asekuracja, bo przeciez wrocimy do punktu wyjscia- odleglosci sa raczej do pokonania.
    Co do jazdy, jezdze duzo ale najchetniej sama- mam niestety wspanialego kierowce w domu i jego obecnosc niestety hamuje moje popedy. Chyba nigdy niestety nie zadowolole mistrza.... i kolko sie zamyka. Jedziemy w podroz- on za kierownica a ja spogladam w okno :)
    Usciski Reniu!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasami chciałabym móc tak spokojnie zerknąć za okno, jednak z racji kierowania nie mogę często spuścić nawet na sekundę oka z przedniej szyby. Więc jak widzisz, wszędzie dobrze, tam gdzie nas nie ma. :)

      Usuń
  4. Niesamowite miejsce, czasami warto się zgubić żeby odnaleźć coś nowego :)
    Piekne zdjęcia i ta cisza bijąca z fotografii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz w zupełności rację. To tak jak w życiu. Czasami trzeba się w nim zgubić aby odnaleźć jego prawdziwe i niezauważalne do tej pory piękno. Tylko, że tak wielu za szybko się poddaje i wraca czym prędzej do ostatniej wiadomej pewnej - czy to w życiu czy na drodze...

      Usuń
  5. Och, ileż razy ja pobłądziłam... ten cytat który jest w tekście doskonale obrazuje sytuację - po prostu trzeba się poddać i znaleźć najlepsze wyjście! Czekam na ciąg dalszy!
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ napięcie wprowadziłaś, rosło i rosło... A na koniec kolejne piekne ciche miejsce. Więc jednak są i chyba nie ma ich tak mało tu w okolicy. Dobra wiadomość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest ich więcej niż nam się wydaje. Ale te odkryte przez przypadek mają w sobie coś, co je wyróżnią w naszych wspomnieniach :)

      Usuń
  7. Reniu uwielbiam Cię czytać :) aż dziw bierze że nie miałam pojęcia o tych miejscach, które opisujesz. Zalew Domaniewski muszę pokazać dzieciom, a z serią o "Jagodnie" Karoliny Wilczyńskiej najpierw przeczytam i też się wybiorę. A bloga będę odwiedzać. Pozdrawiamy ciepło :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Paula za te słowa :) Tak naprawdę chyba najbardziej zależało mi, aby stworzyć taki przewodnik, dzięki, któremu ludzie naprawdę będą jeździć w tej miejsca a nie jedynie o nich czytać. Zalew Domaniowski naprawdę polecam. Pozdrawiam Was gorąco :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją obecność w tym miejscu. Za pozostawiony po Sobie ślad również dziękuję :)

Popularne posty z tego bloga

O BLOGU

PIERWSZY RAZ.
Pomimo, że to nowy blog, to mój blogowy staż trwa już przeszło dziewięć lat. Jeśli jednak nigdy wcześniej mnie nie przeczytałeś/łaś i nasze blogowe drogi się nie spotkały to pozwolę sobie na kilka słów wstępu. Nazywam się Renata Szafrańska. Mam trzydzieści pięć lat. Mieszkam pod Warszawą. Urodzona i wychowana na Mazowszu. Z wykształcenia jestem dziennikarzem i familiologiem a od sześciu lat Mamą. Życiowe sytuacje sprawiły, że na kilka lat musiałam poświęcić się nie tyle wychowaniu syna ale byciu na wyłączność dla niego przez komplikacje z jego zdrowiem. Nie był to jednak czas stracony a wręcz mogę powiedzieć, że bardzo owocny w życiowe doświadczenia.
Od kiedy pamiętam budziłam się i zasypiałam z przeświadczeniem:
"NIEMOŻLIWE NIE ISTNIEJE"
a z biegiem lat dodałam, na bazie przeszkód, z którymi przyszło mi się zmierzyć, jego kolejną część:
"BO DOPÓKI ŻYJEMY - WSZYSTKO JEST MOŻLIWE".


BLOG - JA -  MY.
Blog jest o naszych podróżach. Naszych to znaczy moich …

ARCIECHÓW - alternatywa dla Zegrza. A na deser KULIGÓW

Jeziora Zegrzyńskiego raczej przedstawiać nie trzeba, zwłaszcza dla Warszawiaków i okolicznych mieszkańców, którzy z pierwszymi promieniami wiosennego słońca rozpoczynają swoje coroczne wędrówki niczym muzułmanie do Mekki. Obserwując poruszenie na portalach społecznościowych, można nawet ośmielić się stwierdzić, że to drugi Bałtyk dla mieszkańca środkowego Mazowsza. 




Ale nieliczni tak naprawdę wiedzą, że kilka kilometrów dalej schowany za lasami i łąkami istnieje Arciechów. Mała wioseczka w której asfaltowa droga nagle się kończy  a dalsza jazda na wprost wiążę się z jazdą leśną drogą lub jazda drogą gruntową  która doprowadza nas do niewielkiej ścieżki wśród traw. Gdy się jest tam pierwszy raz, w dodatku samochodem, który ma za sobą już swoją świetność, jazda którąkolwiek drogą nasuwa pytania: gdzie dalej? czy aby na pewno warto ryzykować? I czy dam radę wrócić?










A więc Drodzy Państwo - WARTO!
Arciechów w swoich łąkach i drzewach skrywa nieodkrytą jeszcze przez tłumy tur…